Make your own kind of gateway

Gra Roku 2013 – głosowanie. Etap I. Zadaniem Wielce Szanownej Kapituły (do której nie do końca wiem czemu mam zaszczyt należeć już trzeci rok z rzędu) jest wytypowanie gier, które przejdą do Etapu II. Zadanie o tyle nieproste, że przy okazji wskazywania tytułów muszę zabawić się w planszówkowego Kopciuszka i wybrane tytuły podzielić na dwie grupy. Te co powalczą o tytuł Gry Roku i te od Zaawansowanej Gry Roku.

Z częścią tytułów nie ma problemu. Dawno, dawno temu… czy Dixit Jinx to gry łatwe i przyjemne. Nic tylko wciskać je rodzinom ucztującym na trawie czy nudzącym się na przerwach gimnazjalistom. Z częścią mam większy problem i uważnie wczytuje się w wyszczególnione w Jedynie Słusznym Regulaminie wytyczne:

„Celem przyznania tytułu „Gra Roku” jest promocja gier planszowych w społeczeństwie. „Gra Roku” powinna charakteryzować się wysoką jakością wykonania, czytelną instrukcją, powinna rozbudzać zainteresowania potencjalnych nowych graczy dynamicznie rozwijającym się rynkiem gier planszowych oraz zachęcać do wspólnego spędzania czasu w gronie rodziny albo przyjaciół.

Celem przyznania tytułu „Zaawansowana Gra Roku” jest wyróżnienie najciekawszej, złożonej co do zasad, gry planszowej. „Zaawansowana Gra Roku” powinna charakteryzować się podobnymi cechami jak „Gra Roku”, ale akcentować także złożoność, różnorodność i bogactwo zasad nowoczesnych gier planszowych. Nagroda Zaawansowana ma wyróżniać tytuły adresowane do graczy, którzy wymagają od gier większej złożoności zasad oraz bardziej skomplikowanych mechanik niż gry wyróżnione tytułem Gra Roku.”

Prawie, że na samym końcu listy (ah, ty przebiegła alfabetyczna kolejności!) czai się na mnie prawdziwa zagwozdka, mały chichot losu…

I tu taka dygresja (chwilę wytrzymajcie, odchodzę od tematu, ale tak naprawdę tylko po to, by zaraz do niego wrócić). Przy okazji wypełniania ankiety, która posłużyła Veridianie do napisania artykułu o mojej skromnej osobie przegrzebałam stare kalendarze i zapiski by raz na zawsze, ostatecznie i definitywnie rozwiązać niezwykle wręcz palącą kwestię. Z moich notatek leżących na dnie szafy wynikło czarno na białym: moją pierwszą nowoczesną grą planszową była Wojna o Pierścień. Otrzymana przez mieszkającą wtedy w Holandii ciotkę, która znała moją miłość do prozy Tolkiena, szybko stała się ulubioną rozrywką moją i rodzeństwa. Była hitem wśród znajomych z wyjazdu RPG-owego. Zachętą do zapoznania się z artykułami o grach planszowych Ignacego T. w (kupowanym również z RPG-owych względów) Gwiezdnym Piracie. Przyczyną wysupłania pierwszej kasy na pierwszą własną grę. Wirusem, przez który siedzę aktualnie przed komputerem wystukując ten tekst, miast grzecznie zgłębiać niuanse współczesnej medycyny. Koniec dygresji.

Patrząc dalej na  listę gier, które od jakiegoś czasu dzieliłam na lepsze i gorsze (nie uwłaczając), widzę jakże znajomy mi tytuł. Wojna o Pierścień doczekała się w zeszłym roku reedycji a dzięki niej także i polskiego wydania, dzięki czemu ma pełne prawo ubiegać się o Naszą Najwspanialszą Nagrodę. Myślę, myślę. Zapada decyzja.

Mija parę dni i trafiam na ZP na wpisy Orionsa i Tycjana o tzw. „gateway games”. Orions wymienia tytuły dobre do polecenia na początek planszówkowej drogi, zachęca do pozostawiania swoich propozycji w komentarzach, następnie niektóre z proponowanych określając jako jednak „za ciężkie”. Tycjan rusza z odsieczą, przekonując, że stały kanon niczym potwór z Loch Ness, niby jest, ale jednak nie istnieje i wszystko zależy od naszych przyszłych ofiar. Na co Orions dzielnie przytacza przykład z życia, iż nie zawsze jest nam dane swe ofiary poznać, zaś działając naprędce, np. na konwencie planszówkowym, dobrze jest jakiś stały kanon posiadać.

Pamiętając mój niedawny wojno-o-pierścieniowy dylemat zaczynam rozważać temat. Wojna o Pierścień (dokładniej War of the Ring, która z pooklejonymi rogami i niepełnym już zestawem figurek dalej stoi u mnie na półce) ma 22 strony pisanej drobnym maczkiem angielskiej instrukcji. Ogarnęłam ją sama, przy pomocy chłopaka i brata, następnie gwałciliśmy nią kolejnych, również nie mających planszowego zaplecza znajomych. Gdy w następnych latach przywoziliśmy na wakacje kolejne gry okazało się, że oni także mają swoje propozycje, wkręcili się w świat gier szukając sobie własnych tytułów. Ukochany debatując ze mną na temat gdzie WoP zakwalifikować powiedział mi jedno dające do myślenia zdanie „jak ktoś ma lubić gry i grać w gry, to nie ma znaczenia od czego zacznie” (na tej zasadzie uważa, że najlepszym gateway’em jest Caylus:)). Był jednak za umieszczeniem WoP na liście chętnych do Zaawansowanej Gry Roku.

Przypominam sobie wszelkie osobiste doświadczenia, 10 Pionków w barwach Pomarańczowych Koszulek, konwenty z Games Room Team, poznańskie spotkania w Alibi, wieczorki ze znajomymi i rodziną. Była i Agricola dla rodziców z dziećmi, i Pędzące Żółwie dla panów w garniturach. Wyjątki potwierdzające regułę? Może.

Dochodzę do jednego wniosku. Czy to pracując na wszelkiego rodzaju konwentowych eventach, czy próbując namówić na partyjkę niczego jeszcze się niespodziewających (więc być może goszczących już u nas po raz ostatni) znajomych, warto mieć swoje zaplecze, swój kanon gateway games.

Piszę swój, bo chodzi mi nie o konkretne tytuły, ale o takie gry, które umiemy najsprawniej opisać, najlepiej zareklamować i najfajniej wytłumaczyć. Na konwencie, spotkaniu planszówkowych w ogólnym zamieszaniu i zgiełku, będziemy je po wstępnej kwalifikacji targetu metodą „na oko” (rodzinka, studenci metalowcy, babcia z wnukiem, businesswoman…) lub dzięki wrodzonej intuicji (pozory mylą, naprawdę) polecać i zachwalać bez zająknięcia.

Piszę swój, gdyż tłumacząc właśnie takie gry podświadomie przekazujemy klientom nasz entuzjazm. Mały przykład: znane polskie wydawnictwo zatrudniało kiedyś na pokazach urocze hostessy, które uczyły się prezentowanych gier przed pokazami. Po kilku mało udanych eventach przerzuciło się na (trochę już mniej uroczych) graczy, którzy za to z zaangażowaniem, błyskiem w oku (fanatycznym) i wypiekami na twarzy (to od nadciśnienia) zachęcali nieznanych sobie ludzi do zapoznania się z ich hobby.

Piszę swój, gdyż dzięki temu nie muszę Wam polecać żadnych tytułów ;). A na serio – swój, bo moim zdaniem, mogą się w nim znajdować gry dowolne, byle tylko odpowiadały wyżej wymienionym kryteriom – sami zawsze chętnie w nie zagramy, dobrze znamy zasady.

Przewaga osób tłumaczących gry na eventach planszówkowcyh polega na tym, że zwykle przychodzą na nie ludzie, których jednak coś mniej lub bardziej świadomie do grania przyciąga. Jednakże choć tyle mamy różnych gatunków gier, tyle różnych doświadczeń można z nich czerpać, niestety nie każdy człowiek na świecie  polubi planszówki (ale… ale… jak to?!). Nie pomoże najlepiej dobrany gateway. Jak ktoś ma lubić gry i w nie grać, to będzie. Nie zniechęci 5-godzinna partia w Steama ani dzikie przekrzykiwanie w Uga Buga. Najważniejsze by przekazać swój entuzjazm. Pokazać, że gry są. Warto w nie grać. Każdy znajdzie coś dla siebie. Nowozarażony z czasem wytworzy swój kanon, z którym ruszy w świat.

 

Na koniec śpiewamy 🙂

  • Jednego Ci nie zazdroszczę (bo zazdroszczę np. lekkiego pióra, fajnej i dużej półki na gry (ja z każdym zakupem bawię się w maxi wersję Pack & Stack) ) – konieczności decydowania która gra pójdzie do zaawansowanej a która do „normalnej” kategorii w grze roku. Bo to wszystko „zależy” – od nastawienia, od graczy itp. itd.
    Jak zwykle fajny tekst 😉 (tak tak,- zazdroszczę)

    • Katarzyna Ziółkowska

      A Ty nie zazdraszczaj, tylko sam siebie poczytaj. To przestaniesz 🙂

  • Michał Broniek

    Świetny tekścior 😉

    • Katarzyna Ziółkowska

      Dzięki!

  • Zofia Ziółkowska

    Chlip…gdzie są, kurka, te chusteczki!? 🙂
    Ładny tekst. Trzyma nastrój. 😉 Poza tym popieram!

  • Bogas

    Jak zwykle „Wiewióra” dała czadu. Świetnie się to czyta! Ale zgadzam się z twoim ukochanym, że najlepszym gatewayem są gry w stylu Caylusa. Jak komuś ma się to spodobać to i tak się spodoba, a jak nie to żadne Palce w Pralce czy Uga Buga nie pomogą. Do tego mina jednego cwaniaka z drugim, którzy myśleli, że te gry to dla dzieci i „się ponawydurniania”, tak po 20 minutach tłumaczenia zasad… bezcenna.

    • Katarzyna Ziółkowska

      O to to (chodzi oczywiście o część o Caylusie nie o CO) 😉

  • Andrzej

    Co do gateway’ów też uważam że Caylus jest jednym z najlepszych. Około 25 min tłumaczenia zasad a potem koło 4 h gry (na 5 osób), która od razu maxymalnie angażuje graczy, przy czym im później tym lepiej.
    W tekście pojawia się Wojna o pierścień i mam w związku z nią takie pytanie. Jakim cudem ta gra, a dokładnie jej druga edycja wydana w zeszłym roku w Polsce, nie doczekała się NIGDZIE, dosłownie na żadnym polskim portalu poświęconym grom planszowym, jakiejkolwiek recenzji (obojętne tekstowej czy video)??? Pierwsze miejsce na BGG wśród gier tematycznych, 11 wśród wojennych, 23 w ogóle i przeszła w Polsce prawie bez echa, jedynie kilka lakonicznych zapowiedzi…?

    • Katarzyna Ziółkowska

      Może zaporą jest wysoki koszt gry, przez co wydawnictwa/sklepy nie są tak chętne by udostępnić egzemplarz do recenzji? Gra jest prawdziwą kobyłą, ktoś by się musiał podjąć pisania tekstu na własnej grze… (dla zabezpieczenia dodam, że mam jedynie wersję angielską z 2004 r. 😉 )

  • Pingback: Orions | Nie ma zbyt złożonych gier… ZnadPlanszy.pl()

  • Magda Glińska

    „jak ktoś ma lubić gry i grać w gry, to nie ma znaczenia od czego zacznie” – o to, to!
    Mam znajomych, którzy zaczęli od Agricoli i mam siostrę, która po latach ewangelizacji gatewayami i tak najchętniej gra w brydża…