(Gry dla) Rodziny się nie wybiera

Siejąc planszówkową zarazą na prawo i lewo nigdy nie oszczędzałam własnej rodziny. Czy chcieli (mniejszość) czy nie chcieli (nigdy nie rozumiałam dlaczego, ale większość), w różnym stopniu zarażeni – wszyscy, poczynając od najmłodszego brata, poprzez różnej maści ciotki a na dziadkach kończąc, siedzieli kiedyś przy planszy. Zwykle jednak nie przy tej samej. I na pewno nie w tym samym czasie.

Wybierając się do domu na weekend staje jak zwykle przed chyba nierozwiązywalną zagadką taktyczno-logiczną. Biorąc pod uwagę ciężar co poniektórych, planszówki dobrze sprawdzają się w roli plecakowych obciążników. Chciałabym jednak wybrać taką, która choć raz wyląduje na stole. Jednak zbiorowisko, do którego się udaje (a którego jak słusznie głosi ludowa myśl się nie wybiera), to grupa dość specyficznych indywidualności. Na dodatek już każdy z własnym planszówkowym gustem.

Mama – często ma opory przed dłuższymi i bardziej złożonymi tytułami, choć nie wiem czemu, bo potrafi naprawdę dobrze kombinować. W końcu to od niej wzięło się rodzinne powiedzenie: „twoja stara knuje w żółwiki”… Ostatnio podobno równo i dotkliwie ogrywa chłopaków w Dominiona,

Ojciec – w młodości zapalony gracz w szachy i go, obecnie ciężko go namówić na coś więcej niż Scrabble. Aczkolwiek posiada własny egzemplarz Abalone i Blokusa. Ulubione powiedzenie: „Zróbcie coś, bo znów Kaśka wygra!”,

Ziółek – świeżo upieczony magister archeologii. Choć jest bardziej graczem domowym niż wyjściowym, chętnie gra we wszystko co się nawinie, zawsze mogę na niego liczyć gdy trafi się nowy tytuł w kolekcji. Kiedyś hołubił Neuroshimę, ostatnio pożycza ode mnie kolejne gry (niedawno Ghost Stories, Agricola) celem szczytnego celu ewangelizacji dziewczyny i znajomych. Tak jak ja lubi gry kooperacyjne i klimaty kosmiczne.

Zośka – przyszła pielęgniarka, również porządnie zarażona planszówkowym bakcylem. Jako jedyna chodziła ze mną na spotkania, jeździła na konwenty i planszówkowe wakacje. Móżdżenie ma po Mamie, potrafi bez zająknięcia, z bezczelnością pchły o wzroście metr sześćdziesiąt rozgromić wyjadaczy w Wysokie Napięcie. Jako zwierzę społeczne świetnie bawi się przy imprezówkach.

Mały Ziółek – licealista, choć na co dzień tkwi z nosem w ekranie komputera, podobno potrafi się co jakiś czas przekonać do analogowych roz(g)rywek. Piszę podobno, bo ostatnio nie chciał ze mną grać, a jak usiadł do Hanabi, to się obraził. Wcześniej wartościowy przeciwnik także przy ciężkich tytułach.

Podstawowy problem, który zwykle napotykam na wstępie rozważań to liczba graczy. Przy sześciu osobach trudno wystartować z czymś sensownym. Tytuły z kategorii nieobciążającej typu Dobble, Uga Buga, Time Line, Sabotażyści, Mafia, Bang! w miarę dobrze sprawdzają się przy rodzinnych nasiadówach w poszerzonym gronie (wspomniane pociotki). Najbliżsi posiadają w domu swoją własną mini kolekcje (m. in. Carcassone, Kolejka, Dominion, Wikingowie) i już potrafią od gier wymagać czegoś więcej. Wymagają też czegoś więcej ode mnie. Ideałem w tej sytuacji byłoby Wysokie Napięcie, z lżejszych opcji do rozważenia pozostaje Ticket to Ride z dodatkiem Asia (możliwa gra na 3 pary). Do 7 cudów jakoś nigdy nie udało się namówić pełnego składu, a Dixit nie bawi. Zaś, gdybym miała w swojej kolekcji, to mogłabym się zastanowić nad RoboRally, a żeby wpasować się w logiczne tęsknoty taty, mogę też próbować jakoś upchnąć w bagażu Mutant Meeples. Swego czasu rodzice Ukochanego zagrywali się z nami w Faunę, jednak kiedy człowiek dochodzi do etapu  ganiania z linijką za własnym psem, to pora powiedzieć veto.

Ponieważ poza jednym magicznym hasłem (obiad!) trudno jest jednak zebrać wszystkich razem przy stole, mogłabym się ograniczyć do tytułów, które zainteresują przynajmniej część ofiar chętnych. Terra Mystica jako w miarę nowość i bardziej zaawansowany tytuł mogłaby przypaść do gustu i Zośce, i Ziółkowi, a w razie czego pomieści także Matulę i Małego. Mogę też postawić na coś sprawdzonego. Niespodziewanym, wielkanocnym hitem okazał się Robinson Crusoe, kilka partii pod rząd zaliczył Tzolk’in: Kalendarz Majów. Z doborem euro nie mogę jednak zawsze iść na całość. Pamiętając ostatniogwiazdkowy niewypał – Troyes – boję się wprowadzić moje ulubione kostkowe Feldy – Zamki Burgundii i Macao…

Dodatkowym utrudnieniem przy wyborze jest świadomość, że na każdą grę, czy się ostatecznie spodoba, czy nie, trzeba będzie wpierw to całe tałatajstwo namówić. Co innego wmuszać granie nieświadomym noobom, co innego próbować zainteresować konkretnym tytułem wybrednych osobników z całym wachlarzem mechanizmów obronnych (odraczanie – „zagram, zagram, tylko obiad zrobię”, racjonalizacja – „nie mogę teraz zapisać, walkę mam”, wyparcie – „ja nie lubię grać w te wasze gry”). Całe szczęście ja również utrwaliłam sobie parę mechanizmów służących zbieraniu graczy. Metoda dla mnie spalona – zagrajmy, to prosta gra, tylko pół godzinki – niestety dość szybko zaczęła przynosić odwrotne efekty (po kiego grzyba drukują długość partii na pudełku?!). Czasem sprawdzają się, choć tu również trzeba postępować ostrożnie, pozytywne skojarzenia – ta gra jest zupełnie taka jak… (wstaw właściwe). Dobrze działa opcja „na recenzenta” aka „na litość” – słuchajcie, taka sprawa, znów tekst do napisania mam…(znacząca cisza, oczy kota z wiadomej kreskówki). Zaś niezawodnym sposobem jest przywiezienie ulubionej gry jednej z osób i patrzenie jak sama bawi się w zapełnianie krzeseł (gorzej jak taka ulubiona gra niekoniecznie pokrywa się z tym, w co sami chcielibyśmy zagrać, czyt. Carcassonne).

 

Rzeczy gotowe do spakowania leżą koło plecaka. Jak zwykle na moją zagadkę nie ma jedynego (co w ciemności, tfu jasności nad planszą złączy) dobrego rozwiązania. Idę spać, a to co jutro na wpół śpiąco pierwsze ściągnę z półki najwyżej (jak to czasem bywa) załapie się na darmowy kurs Warszawa-Poznań. Może żeby wyjść z honorem, coś z trybem jednoosobowym?

  • jaroslawczajaZnadPlanszy

    Linijka i pies 🙂

    • Katarzyna Ziółkowska

      Długość 90 cm, długość ogona 35 cm 😉

  • zgraniZnadPlanszy

    Skąd ja to znam ?:)

  • Sebastian Płocki

    Mam podobnie 🙁 gdyby nie Board Game Arena i piątkowe granie z kumplami to byłoby słabo.

  • Karolina Gronkiewicz

    Oj tak tak. Ja też to znam. Chociaż od wczoraj gramy w „wsiąść do pociągu” i już mama powiedziała:”to może też sobie taką kupimy?”. Działa jeszcze fasolki i Dominion. Niestety „Glory to Rome” został określony:”Ale o co w tym do cholery chodzi”?niestety sie nie sprawdził.

  • Paweł Górski

    O honorze to już dawno zapomniałem… Wiozę do rodzinnego Lublina pół bagażnika gier (żeby nie było, że nie ma wyboru) i przywożę dziewicze ;(

  • Katarzyna Ziółkowska

    Misja: 5-osobowa Terra Mystica
    Status: zaliczona
    Metoda: „to tylko pół godzinki” (…na gracza), recenzja, tematyka fantasy 😀

    Wygrała Mama.